Kilka wspomnień z pewnej pięknej październikowej niedzieli, kiedy to heroicznie wstajesz rankiem, by pójść na 7.00 do kościoła i z czystym sumieniem pojechać na Jurę. Oczywiście ja czysto rekreacyjnie, bo "nie warto się spinać aż tak". Chłopaki ze swoimi celami. Było cudnie, jak widać. Pogoda wymarzona i jedzenie oczywiście smakowe.
A w tydzień po znowu były rzędkowickie skały z Justyną i mega czekoladowymi muffinami, ale zdjęć nie ma...
Nasz obiad i Lady, co ją zapachy zwabiły do nas. Wypiła wodę z menażki, pokręciła się i poszła.
A obiad to ulubiony makaron pełnoziarnisty z pomidorem, papryką, fetą, duużą ilością oliwek i pesto.
Szybko, łatwo i pożywnie. Polecamy zamiast kanapek do pracy!!!
"Zaparzanie skośnookiej herbaty..."
Gdzieś koło godz. 16. strategicznym dla przetrwania w zacienionych miejscach okazało się ciągłe gotowanie herbaty. W niekończącym się "tea time" swoją nieprzecenioną rolę odegrały nasze "Lembasy" :)
Nasz ekwipunek i herbatka :)

Żeby nie było, że się tylko herbatkuję i opalam. Oto Kaś w akcji ;p
I po akcji...
A najbliższa niedziela również zapowiada się pogodnie....
p.s. Mironie dziękujemy za foty :)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz